Skip links

Wakacje 2025, czyli czego nauczyło mnie kilka tygodni bez internetu


Wakacje 2025, czyli czego nauczyło mnie kilka tygodni bez internetu

Jest lato 2025 roku, województwo lubuskie. Jadę z dziećmi w miejsce mojego dzieciństwa — tam, gdzie zawsze spędzałam wakacje. Bez prądu, bez prysznica, bez toalety ze spłuczką. Nie znałam innych wakacji niż te pod namiotem. Gdy koleżanka z podstawówki wysłała pocztówkę z Tunezji, zastanawiałam się, jak zmieścili namiot do samolotu.

Mogę śmiało powiedzieć, że był to najlepszy czas w roku. Nauczyłam się wtedy od dziadków wielu praktycznych rzeczy: jak obkopać namiot, aby woda nie wlała się do środka; jak zrobić śledzie z drutu, gdy jakieś się zgubiły (wtedy nie można było podjechać do pobliskiego Decathlonu ani zamówić przez internet). Gdy przyjeżdżaliśmy na miejsce, pierwszą rzeczą po rozłożeniu namiotu było przygotowanie lodówki. Czuję się trochę jak dinozaur, pisząc o tym, ale tak właśnie było. Dziadek wyciągał saperkę i kopał prostokątny dół — tak głęboki, aby panował w nim chłód. Wielkość dołu zależała od przykrycia, czyli kawałka deski, którą przywoziliśmy ze sobą. Już nie pamiętam dokładnie, jak dziadek wykańczał taką lodówkę, ale jedzenia z ziemią w środku też nie pamiętam, więc musiało być to dobrze zorganizowane.

Nasze ulubione aktywności podczas wakacji to: kąpiele w jeziorze, budowanie szałasów w lesie, zbieranie grzybów (ach, ta jajecznica z kurkami!), włóczenie się z innymi dziećmi nie wiadomo do której godziny, zabawa w podchody, gotowanie z babcią, granie w karty i bierki.
Od czasu do czasu chodziliśmy do automatu telefonicznego, aby zadzwonić do rodziców. Kto pamięta te karty z czarnym paskiem albo automaty na monety?
Pamiętam też poznawanie innych dzieci i rozmowy dziadków z sąsiadami. Po obiedzie dziadek siadał na najbardziej wygodnym krześle (a gdy go nie było, toczyliśmy o nie małe wojny 😉 ) i pytał: „No Kasia, i jak Ci się podoba na wczasach?”.

Wspaniałe wspomnienia.
A wiesz, czego nie pamiętam? Żebym się nudziła. Nie było tam parków linowych, trampolin, stoisk z zabawkami ani tabletów do uciszania dzieci podczas obiadu. A jednak nikomu nie było nudno. Dorośli też znajdowali dla siebie zajęcie, choć dziś ktoś siedzący spokojnie i patrzący w las może wyglądać na znudzonego.

Na te wakacje przyjechałam najpierw z dwojgiem z mojej piątki (reszta była na obozie), a później z całą gromadką. Wkurzałam się bardzo, bo zasięg był słaby, internet ledwo działał. „Jak ja sprawdzę pogodę albo wiadomości?” — myślałam. Wtedy zauważyłam, że mam odruch bezwarunkowego sprawdzania maila, Instagrama, Facebooka czy inspiracji na Pintereście. „I jak ja taka niezainspirowana przeżyję bez internetu?”
Przeżyłam. Zafundowałam sobie nieplanowany odwyk — i mam się jeszcze lepiej.

Na wakacje zawsze zabieram książkę, dzieci też. Ale wcześniej często nie udawało mi się przeczytać nawet połowy jednej. Zrzucałam winę na zmęczenie, konieczność pilnowania dzieci, brak koncentracji czy nawet niezdiagnozowane ADHD.
Tym razem, gdy budziłam się rano, robiłam sobie ciepłą wodę i siadałam przed campingiem. Zamiast scrollować maile czy media społecznościowe, byłam „skazana” na kawę, widok jeziora i książkę.
I tak każdego ranka przez pół godziny, a czasem nawet godzinę, czytałam w spokoju. Ręka nadal czasem mimowolnie sięgała po telefon, ale już rzadziej. „Jestem uzależniona” — pomyślałam. Widziałam, jak sąsiadka z campingu na górce miała lepszy zasięg i scrollowała do kawy śmieszne filmiki. A ja pomyślałam: „Już za tym nie tęsknię”. Rano coraz częściej sięgałam od razu po książkę.

Był jeszcze inny aspekt — sprawdzanie wszystkiego w internecie. Starszym dzieciom obiecałam wędki już od dwóch lat, a wokół pełno dzieci z wędkami. Tyle że kupować „profesjonalnych” dla maluchów nie miało sensu. Postanowiłam więc zrobić je sama. Sąsiad dał nam haczyki, żyłkę i ciężarki. Pierwszy odruch? „Może sprawdzę na Pinterest?” Ale zaraz pomyślałam: „Kobieto, rusz głową, internet prawie nie działa!”. Wzięliśmy gałęzie leszczyny, scyzoryki poszły w ruch i zrobiłam dwie wędki. I wiesz co? Moja najmłodsza córeczka złowiła na nią prawdziwą rybę! Dumy nie da się opisać, a ludzie na pomoście byli tak samo zaskoczeni jak Ty teraz. Oczywiście ryba wróciła do wody.

Nie obyło się bez komplikacji. Chłopcom wędki się poplątały, trzeba było je rozplątać i na nowo założyć haczyk ze spławikiem. Normalnie poszukałabym instrukcji na YouTube, ale… internetu nie było. Musiałam poprosić o pomoc sąsiada-wędkarza, który w kilka chwil wszystko naprawił. „Ale Pan to szybko zrobił, myślałam, że to bardziej skomplikowane!” — powiedziałam. A on tylko uśmiechnął się i odparł: „Kasiu, takie rzeczy to się robi na czerwonym świetle”.

Żyjąc w codziennym pędzie, nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy zniewoleni przez technologię. Zapominamy korzystać z własnej głowy czy ze wsparcia ludzi wokół nas. Wiedziałam o wpływie telewizji i gier na dzieci, ale nie sądziłam, że internet aż tak mocno działa na mnie.

Co się zmieniło po tych wakacjach? Jestem spokojniejsza, mniej podenerwowana. Ilość informacji, reklam i „polecajek” była zwyczajnie zbyt duża dla mojego mózgu.
Na forum Reddit pojawiła się popularna teza, że dzisiejszy człowiek przyswaja w jeden dzień więcej informacji niż osoba w XVII wieku przez cały rok. Choć nie ma na to twardych danych, często się to powtarza, nawiązując do retoryki Richarda Wurmana z 1989 roku, który twierdził, że jeden numer „New York Timesa” zawiera więcej informacji niż przeciętny człowiek w XVII wieku przyswajał przez całe życie.

Kiedyś szczyciłam się multitaskingiem. Teraz lubię rozwieszać pranie w ciszy, prasować, rozmawiając z córką zamiast słuchać kolejnego podcastu. Rano budzę się, a telefon zostaje daleko. Idę po wodę, kawę, ulubiony olejek eteryczny i książkę. Spokojniej zaczynam dzień.

I jeszcze jedno — zrozumiałam, że nieustanny dopaminowy „zastrzyk” z telefonu i internetu źle wpływa na mózg. Każdy like, powiadomienie, nowy filmik czy kolejna informacja to szybki bodziec, który daje chwilową przyjemność. Ale kiedy jest ich za dużo, mózg zaczyna się rozleniwiać — przestaje szukać głębszych doznań i samodzielnych pomysłów. Tak jak ciało staje się słabe bez ruchu, tak umysł staje się ospały bez ciszy i koncentracji. A wtedy nawet książka czy rozmowa z bliską osobą wydają się „nudne” w porównaniu z ciągłym przewijaniem ekranu. I właśnie dlatego warto czasem odciąć internet, żeby znów nauczyć się cieszyć tym, co naprawdę ważne.

A Ty — potrafiłabyś spędzić kilka dni bez internetu i telefonu, czy to byłoby dla Ciebie zbyt trudne wyzwanie?

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów